Nie wiem dokładnie dlaczego, ale lubię zimne ognie na weselach. Jest w nich coś symbolicznego i prawdziwego. Po kilku godzinach zabawy, głośnej muzyki i szalonego tempa – taki moment na zewnątrz w półmroku z migoczącym światłem potrafi zbudować zupełnie inny nastrój.
To chwila oddechu, refleksji, ale też ciepła i bliskości. Goście śpiewają spontaniczne „Sto lat” albo im w tym pomagam– co zdarza się bardzo często. Ostatnio w „modzie” jest śpiewanie „Zawsze tam, gdzie Ty” – Lady Pank. Zimne ognie potrafią dodać uroczystości klimatu, podkreślić ważny moment i na długo zostać w pamięci. Ale jak wszystko, mają też swoją drugą stronę.
Gdy magia zamienia się w zagrożenie
Podczas jednego z wesel, które prowadziłem doszło do sytuacji, która do dziś wspominam z uśmiechem. Panna Młoda miała piękną, lekką suknię z tiulu. Wystarczyła chwila nieuwagi i suknia zaczęła się palić. Na szczęście zareagowano błyskawicznie. Ogień został ugaszony w ciągu kilku sekund.
Zimne ognie to piękna atrakcja – ale wymagają przygotowania
Jeśli marzycie o takim momencie na swoim weselu – warto go dobrze zaplanować. Kilka prostych kroków może sprawić, że zamiast ryzykownego chaosu będzie to bezpieczna, zapadająca w pamięć chwila.
Po pierwsze: długość zimnych ogni.
Zawsze wybierajcie te dłuższe – minimum 60 cm. Palą się wolniej, dają więcej światła i więcej czasu fotografowi na uchwycenie momentu. Co ważne – pozwalają zachować większy dystans między ludźmi.
Po drugie: przestrzeń.
Zimne ognie najlepiej sprawdzają się w otwartej przestrzeni. Nie róbcie z tego ciasnego koła wokół Pary Młodej. Lepiej ustawić gości w szerokim szpalerze – wtedy zarówno zdjęcia, jak i bezpieczeństwo zyskują na jakości.
Po trzecie: koordynacja.
Warto, by za ten moment odpowiadała konkretna osoba – DJ, świadek ktoś, kto zadba o płynność, poda ogień, przypilnuje, by nikt nie zaczął za wcześnie i by ognie były odpalane kolejno, a nie wszystkie naraz.
Po czwarte: informacja.
Dobrze, by Para Młoda wiedziała, co ma się wydarzyć, ale też by goście wiedzieli, jak się zachować. Chwila wyjaśnienia wystarczy, by każdy czuł się pewnie i wiedział, jak trzymać ognie, czego unikać i czego nie dotykać.
Po piąte: przygotowanie i logistyka.
Zimne ognie najlepiej rozpakować z wyprzedzeniem. Folie ochronne, gumki, kartoniki – to wszystko w warunkach wieczornego pośpiechu tylko utrudnia organizację i zabiera czas.
Warto włożyć już przygotowane ognie do naczynia żaroodpornego – np. metalowego wiaderka, flakonu lub dużej szklanej butli. Rozdawać przy wyjściu na taras czy przed drzwiami sali. Po zakończonej atrakcji – najlepiej odłożyć wypalone pręciki do tego samego pojemnika przy wejściu. To nie tylko porządek, ale przede wszystkim bezpieczeństwo – unikniecie gorących końcówek zostawianych na stołach, parapetach czy podłodze.
Kiedy najlepiej zaplanować ten moment?
Zimne ognie najczęściej pojawiają się:
– przed krojeniem tortu (ale nie polecam, chyba ze tort też jest na zewnątrz) lub innym atrakcjami (raczej nie wydłuża to bowiem czas „nie zabawy”)
– po oczepinach (trochę za późno)
– jako spokojna przerwa między blokami muzycznymi (moim zdaniem najlepszy moment)
Ważne, by było już ciemno – wtedy ognie mają pełen efekt wizualny. Z mojego doświadczenia wynika, że nie trzeba robić z tego wielkiego show. Czasem najpiękniejsze momenty dzieją się po cichu, bez zapowiedzi, kiedy wszystko dzieje się naturalnie.
Zimne ognie to dodatek, nie obowiązek
Warto pamiętać, że zimne ognie to tylko opcja – nie obowiązek. Jeśli czujecie, że pasują do klimatu Waszego wesela – świetnie.
Jeśli nie – nie ma potrzeby wprowadzać ich na siłę. Magia tego dnia nie zależy od efektów specjalnych, tylko od ludzi, emocji i chwil, które dzieją się pomiędzy toastami, tańcami i rozmowami. Zimne ognie potrafią być pięknym dopełnieniem – ale tylko wtedy, gdy są dobrze przemyślane i bezpieczne.
Mariusz S
