Nie dlatego, że mniej pracuję – choć, to też ma znaczenie. Cieszę się, bo widzę w tym coś znacznie ważniejszego: stajemy się coraz bardziej świadomi tego, że wesele nie musi być objedzeniem się do syta, upiciem się do utraty kontroli i zabawą w stanie nieprzytomności na parkiecie do białego rana.
Dla mnie wesele, to przede wszystkim czas spotkania. Wspólnych rozmów. Dobrej zabawy. Ale wszystkiego w odpowiedniej dawce – łącznie z alkoholem.
Co się zmieniło
Przez lata pracy w tym zawodzie widziałem naprawdę ogromną zmianę w tym jak ludzie kończą wesele. Kiedyś standardem było wyjście „na bani” – ktoś krzyczał, że „zajebiście było”, zataczał się do wyjścia, a rano nie pamiętał połowy wieczoru. Dziś coraz częściej gość podchodzi do mnie na koniec, uprzejmie dziękuje za spotkanie za zabawę za moją pracę – z uśmiechem wdzięczności i radości, a nie upojenia alkoholowego. I to jest różnica, którą naprawdę widać z roku na rok.
To nie jest tylko moje wrażenie z parkietu. Dane pokazują, że młodsze pokolenia rzeczywiście piją znacznie mniej niż jeszcze kilka-kilkanaście lat temu. Najmłodsi dorośli sięgają po alkohol wyraźnie rzadziej niż ich starsi rodzice czy dziadkowie – część badań mówi nawet o spadku spożycia o kilkadziesiąt procent między pokoleniami. Coraz popularniejszy staje się trend No Lo (no-alco, low-alco), czyli picie napojów bezalkoholowych lub niskoalkoholowych, a trzy czwarte młodych ludzi wprost deklaruje, że zależy im na zdrowym stylu życia. Rośnie też popularność imprez i spotkań całkowicie bez procentów.
Ta sama zmiana widoczna jest zresztą w samym formacie wesel. Coraz więcej par odchodzi od modelu „impreza do białego rana” na rzecz krótszych, bardziej kameralnych przyjęć, gdzie liczy się jakość czasu spędzonego z bliskimi, a nie liczba godzin przy stole, czy na parkiecie.
Dlaczego to naprawdę dobra zmiana
Tu dochodzimy do czegoś, co mnie osobiście fascynuje – bo to nie jest tylko kwestia mody czy zdrowia. To też kwestia tego, jak działa nasza pamięć i nasze poczucie „dobrze spędzonego czasu”.
Psychologowie od dawna opisują coś, co nazywa się regułą szczytu i końca (peak-end rule) – to jak zapamiętujemy dane wydarzenie, zależy w ogromnej mierze od jego najintensywniejszego momentu i od tego jak się skończyło, a nie od tego, ile faktycznie trwało, czy ile się w nim wydarzyło. Innymi słowy: jeśli wesele kończy się mgłą, zawrotami głowy i porannym bólem głowy, to właśnie taki obraz – nie cała reszta wieczoru – zostaje w pamięci na dłużej.
Do tego dochodzi jeszcze jeden mechanizm: w trakcie samego upojenia mózg naprawdę odbiera to jako „świetną zabawę”, bo alkohol chwilowo obniża krytycyzm i wzmacnia poczucie euforii. Problem w tym, że to wrażenie jest złudne – nie bierze pod uwagę tego, co przyjdzie później. Im gorzej czujemy się następnego dnia, tym mocniej, niesłusznie, utwierdzamy się w przekonaniu, że „musiało być super, skoro tak oberwałem”. To błąd w ocenie, który wielu z nas latami brało za prawdę.
Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, co obserwuję teraz: ludzie chcą się dobrze czuć nie tylko na imprezie, ale i po niej. Kiedyś liczyło się „tu i teraz”, bez oglądania się na skutki następnego dnia. Dziś coraz więcej osób rozumie, że prawdziwie udany wieczór to taki, po którym budzimy się z dobrym wspomnieniem – a nie tylko z bólem głowy i wyrywkowymi urywkami z pamięci.
Co to znaczy dla mnie jako prowadzącego
Nie zmienia to tego, że nadal robię wszystko, żeby na parkiecie działo się dużo i żeby energia nie siadała – o tym pisałem już wcześniej. Zmienia się za to jakość tej energii. Bawimy się świadomie, wspólnie, z uśmiechem – a nie na „autopilocie” podsycanym kolejnym kieliszkiem.
Po tylu latach w tym zawodzie mogę śmiało powiedzieć: to jedna z najlepszych zmian, jakie widziałem w polskich weselach. I mam nadzieję, że to dopiero początek.
Mariusz Sieraj
